1. Strona Główna
  2. O naszej szkole
  3. Biuletyn Informacji Publicznej
  4. Dokumenty szkolne
  5. Wydarzenia
  6. Dziennik elektroniczny LIBRUS Synergia
  7. Po lekcjach
  8. Kontakt
  9. Rada Rodziców
  10. Mapa Serwisu
  11. RODO


DUCHY PANA HRABIEGO


W Witkowicach koło Kęt na wzniesieniu stoi dworek. Obecnie jest w nim przedszkole, apteka i świetlica. Budynek zawsze wydawał mi się interesujący i dość tajemniczy. Pomyślałam, że pewnie był świadkiem niejednego ciekawego wydarzenia i gościł wielu niezwykłych ludzi. Poczułam, że chcę się czegoś o nich dowiedzieć.

Kilka miesięcy temu miałam szczęście poznać panią Magdalenę Olbrzymek. Przepięknie, z humorem opowiadała anegdoty z historii Witkowic. Gdy wraz z mamą poprosiłam o spotkanie i chwilę rozmowy, zgodziła się z wielką radością. Oto czego się dowiedziałam o witkowickim dworku i jego mieszkańcach:

Przed II wojną światową dwór był okazałym budynkiem, w którym mieszkali państwo Śmiałowscy. Jedna z ich córek wyszła za mąż za Artura Łazarskiego, który przybył do Witkowic z Nowego Sącza. Wówczas majątek został podzielony. Połowę posiadłości dostali Łazarscy, a druga część nadal należała do Śmiałowskich. Dworu nie podzielono, spadkobiercy mieli go otrzymać dopiero po śmierci właścicieli.

Łazarscy mieli dwie córki: Izabelę i Magdalenę. Z dziewczynkami wychowywała się i bawiła sierota Ania Bałamucka. Była przyuczana do zawodu pokojówki i już jako dwunastolatka opiekowała się panią Śmiałowską. Starszym panem opiekował się Franciszek Bienia. Był również lokajem we dworze. Wysoki, zgrabny, przystojny kawaler mieszkał w domu rodzinnym – codziennie dochodził do pracy.

Do dworu prowadziły trzy drogi. Jedna główna – dworska, którą jeździł tylko pan i jego goście. Przechodziła między czworakami – dwoma podwójnymi domami stojącymi po obu stronach drogi zamieszkałymi przez służbę dworską. Dalej prowadziła przez mostek do samych schodów dworskiego ganku. Pozostałe dwie boczne drogi otaczały dwór, służyły do zaopatrzenia gospodarstwa. Nimi dowożono do dworu płody rolne, lód i inne potrzebne rzeczy, wywożono też w pola obornik.

Do budynku dworu z dwóch stron prowadziły schody. Główne, którymi wchodzili goście, były obszerne, na całą szerokość ganku. Prowadziły do salonu, w którym przyjmowano gości.
W jego rogu znajdował się zdobiony kominek. Z salonu można było przejść do pokoi gościnnych, sali balowej lub pokoju starszych państwa Śmiałowskich. Sala balowa była największym i najpiękniejszym pomieszczeniem dworu. Starzy witkowianie wspominają, że ściany ozdobione były złoconymi gzymsami, a czysto wymalowane ściany lśniły bielą. Z sali tej można było przejść do jadalni i na balkony, które niestety się nie zachowały.

Drugie schody prowadziły do prywatnych pokoi państwa Łazarskich od strony ogrodu. Wszystkie te pomieszczenia zajmowały wysoki parter. W suterenie natomiast mieściła się kuchnia, spiżarnia, lodownia, pomieszczenie gospodarcze i skromne mieszkania służby.

Artur Łazarski nie był dobrym panem. Pomimo, że pracowała dla niego cała wieś, ludzie go nie lubili. Wykorzystywał swoich pracowników, nie wypłacał im wynagrodzeń w terminie, oszukiwał przy rozliczeniach, pomiatał nimi, karał za byle przewinienia. Do tego wszystkiego miał naturę hulaki, kobieciarza i hazardzisty. Ludzie oddychali z ulgą, kiedy pan wyjeżdżał na Węgry. Robił to co roku, gdyż był uczulony na kwitnące żyto. W domu zostawali starsi państwo i pani Łazarska. Mieszkańcy Witkowic ich kochali, ponieważ byli dobrzy i uczciwi, dbali o swoich podwładnych.

Gdy pan Łazarski przebywał we wsi, działy się różne dziwne rzeczy. Kiedy wracał nocą z pijatyk i swawoli, na dworskiej drodze pojawiały się dziwne światełka, do uszu dobiegały niepokojące odgłosy. Coś płoszyło konie, które stawały dęba i o dalszej jeździe nie było mowy. Wtedy starsza pani wyjeżdżała naprzeciw swoją bryczką, aby zabrać pijaka do domu. Wiozła ze sobą wodę święconą, ponieważ mówiono, że to duchy starszą Łazarskiego, że diabły na pana czyhają i chcą go wciągnąć do piekła. Przerażony przesiadał się do bryczki teściowej, a służba uspokajała spłoszone konie, by odprowadzić je do stajni.

Artur Łazarski coraz bardziej bał się swoich „strachów”, pomimo to nadal wyjeżdżał, jak mówiono: „na hazard i popijawy”. Sytuacja powtarzała się tak często, że konie już z przyzwyczajenia płoszyły się przy czworakach i nie przekraczały mostku.

Cichaczem mówiono, że te „duchy” były dziełem pracowników dworskich. To oni zbierali świecące na seledynowo kawałki próchna i hubę, w której żyły świecące robaczki. Rzucano je koniom pod nogi lub wieszano na drzewach po to, aby przestraszyć pana. Oczywiście nikt się do tego nie przyznawał. Chętnie za to snuto wokół całej sytuacji mroczne podszyte diabłem opowieści.

Wskutek tych wydarzeń Łazarski nabył w okolicach Żywca figurkę Matki Boskiej. Razem ze swoim ordynansem Stefanem Waligórskim przywiózł ją do Witkowic. Pierwotnie była postawiona przed wejściem do dworu. Kilkakrotnie ją przenoszono, ponieważ jej widok niepokoił starszą panią. Aż w końcu znalazła swoje miejsce na dębie przy „Pańskiej Drodze” i jest tam do dnia dzisiejszego.

Zanim wybuchła druga wojna światowa po posagu żony Artura Łazarskiego nie było ani śladu. Pan przehulał majątek i na początku wojny, porzuciwszy żonę i dzieci uciekł do Irlandii. Pani Śmiałowska z córką i wnuczętami wyjechali do należącego do starszej pani uzdrowiska w Rabce. Zabrali ze sobą wyposażenie dworu.

Minęło wiele lat. Pewnego dnia w 1976 roku do Witkowic przyjechał Irlandczyk. Wypytywał o dwór i służbę. Jak się później okazało był synem Artura Łazarskiego z drugiego związku. Dzięki temu zyskano informację, że dziedzic Łazarski żyje i ma się dobrze. Syn dopiero na miejscu dowiedział się, że żadnego majątku nie ma, bo ojciec wszystko stracił. Rozczarowany wrócił do swojego kraju. Nigdy więcej nikt o nich nie słyszał.

Pani Magdalena Olbrzymek, która opowiadała mi wszystko, jest córką ordynansa Artura Łazarskiego i pokojówki starszej pani Śmiałowskiej. Wszystko wie od swoich rodziców i starszych mieszkańców Witkowic. Sama jako dziecko bawiła się z siostrami w pustym już dworze. Pani Magdalena z wielką pasją zbiera i przechowuje najcenniejsze wspomnienia.

Dzięki Niej historia mojej wsi jest ciągle żywa.

Anna Berszakiewicz

klasa 6a

Konkurs "Aniołek Bożonarodzeniowy 2018"Aniołek Bożonarodzeniowy w kompozycji przestrzennej lub płaskiej
Kółko historyczne na pikniku kawaleryjskim
Wizyta w Gminnej Bibliotece Publicznej w Grojcu."Mirabelka -kiełkująca historia 100-licy"
Interhead.pl